Wieczne Miasto – relacja z wyjazdu do Rzymu

Po wyjeździe do Rzymu nasunęła mi się taka oto refleksja, jeżeli wyjazd jest udany to wynik w plecy. Lizbona, Trondheim, a teraz Rzym. Każde z tych miejsc miało swój niepowtarzalny klimat, którego w żaden sposób nie da się powtórzyć. Niestety każda potyczka Legii w tych miastach nie zakończyła się pozytywnym rezultatem. Równowaga została zachowana aczkolwiek myślę, że w końcu ta zła passa zostanie przerwana. Tylko gdzie? Podobno już szykuje się dla nas zakaz wyjazdowy…

Kiedy „Łysy z UEFA” wylosował naszą grupę, nie byłem jakoś mocno uradowany takim obrotem spraw. Oprócz Rzymu miejscówki również na swój sposób ciekawe ale logistycznie bardzo ograniczające – odległość wprost proporcjonalna do kwoty jaką trzeba by zapłacić za transport tam i z powrotem – za duża. Do Trabzonu ciężko dostać się na własną rękę w ogóle, a na Cypr to można ale na wczasy pojechać. Wniosek więc był jeden, nastawiamy się na Rzym. Niestety, taki wrześniowy terminarz wyeliminował możliwość wyjazdu większości wyjazdowym kibicom, plus brak czarteru SKLW w rozsądnej cenie przełożyły się na duże obawy, co do liczebności naszej reprezentacji. To co mogło zachęcać to wrześniowa włoska pogoda. Kiedy w Warszawie deszcz padał ze wszystkich możliwych kierunków, w Rzymie było 28 stopni i jedynie kilka chmurek na niebie…

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, jednak wraz ze znajomymi, postanowiliśmy, że nie będziemy się bawić w ponad 24 godzinną jazdę samochodem lub autokarem, i postaramy się ogarnąć bilet samolotem, tak aby pojechać wcześniej i trochę tego Rzymu zwiedzić. Na lotnisko w Ciampino lata Ryanair, jednak bilety wcale nie były takie tanie jakby mogło się wydawać. Cena w dniu losowania, kiedy jeszcze nie było wiadomo z kim i kiedy zagramy wynosiła około 300 złotych, po ustaleniu terminarza w kilka godzin skoczyła do 1100, by dzień przed wylotem spaść do 700… Drogo wyszło, ale udało się zakupić. Cieszyło na pewno to, że lot jest bezpośredni. Część kibiców wybrała tańsze opcje, z przesiadkami w Sztokholmie, Mediolanie, Brukseli lecąc nie tylko z Warszawy ale i z Poznania, Rzeszowa czy Krakowa. Tu ciekawostka, słyszeliśmy o kibicu, który miał wylot z Krakowa, jednak na miejscu trafił do izby wytrzeźwień, a jego lot przepadł i na fali ogarnięcia kupił bilet za 2500 zł z powrotem z Rzymu w listopadzie. Można? Można.

Wyruszyliśmy do Rzymu we wtorek by po godzinie 17 być już na miejscu w naszym zarezerwowanym pokoju w hostelu niedaleko stacji Tremini, odpowiednika naszego Centralnego w Warszawie. Stamtąd ruszyliśmy pieszo pod Koloseum i inne zabytki Wiecznego Miasta ulokowane po prawej stronie Tybru. Ogólnie im bliżej zabytków tym drożej. Przykładowo butelka wody w sklepie poza centrum kosztuje 50 eurocentów, a już przy Koloseum 2 euro. Jednak wystarczy zakupić wodę raz by mieć butelkę i ją co chwila napełniać z kranów znajdujących się na ulicach miasta. Wszędzie jest też mnóstwo ciapatych handlarzy, którzy próbują wcisnąć turystom, a to szaliczki, a to okulary przeciwsłoneczne, a to zabawki dla dzieci czy miniaturki zabytków, zaś ekipy czarnych jak smoła przybyszów z Afryki prezentowały porozstawiany na chodnikach pełen asortyment damskich torebek od Prady, Diora czy LV, wyprodukowanych w domowych zaciszach. Większość drobiazgów kosztowała jeden euro i to właśnie był też ich slogan z jakim zwracali się do niemal każdego: „one euro, one euro”. Jeżeli ktoś tylko wyraził zainteresowanie, ciężko było się uwolnić, dlatego też my staraliśmy stosować totalną ignorancję. Jak zawsze, można się z handlarzami potargować, jednak trzeba mieć przy tym silną wolę i nie ustępować. Co również dało się zauważyć od razu, kultura jazdy kierowców jest zupełnie inna niż u nas. Miałem wrażenie jakby na skrzyżowaniach czasami panowała wolna amerykanka. Policja to najwięksi piraci, jeżdżą jak chcą, na czerwonym po przejściach dla pieszych. Sami miejscowi również niewiele sobie robią ze świateł, chodzą po ulicach we wszystkie strony lawirując między autami i stadami skuterów.

Kolejnego dnia przyszedł czas na najważniejsze zabytki lewej strony Tybru czyli Watykan oraz Bazylikę Św. Piotra i okolice. Z kolei tam oprócz wszędobylskich handlarzy „chińszczyzną” (głównie sprzedawali małe flagi Watykanu) pełno było przewodników, którzy skłonni byli za opłatą oprowadzić po okolicznych muzeach opowiadając przy tym o historii miasta. Natomiast im bliżej Bazyliki, tym więcej żebraków, którzy też łatwo nie odpuszczają i biorą dosłownie wszystko co im się da. Jako, że w środy odbywają się papieskie audiencje, turystów było jak mrówków. Stanie w południowym w słońcu w kolejkach nie należało do najprzyjemniejszych.

Na obiad udaliśmy się do Trastevere czyli po naszemu Zatybrze, co było strzałem w dziesiątkę. Ceny w restauracjach o połowę tańsze, a serwowane jedzenie… Tego się nie da opisać. Następnym razem kiedy będę w Rzymie, to tam będę szukał noclegu. Niesamowite miejsce, które zapamiętam najbardziej z całej wycieczki.

Kolejny dzień w Rzymie, to dzień meczowy. Kibiców Legii było już można spotkać częściej niż w poprzednich dniach. Z samego rana udaliśmy się ponownie pod Koloseum by zobaczyć je za dnia i zakupić jakieś pamiątki, gdyż ze względu na stosunkowo wczesny powrót do domu następnego dnia, nie mielibyśmy czasu na takie przyjemności. Tak z biegiem czasu powoli kierowaliśmy się w rejony, z których bliżej nam będzie do miejsca zbiórki przed meczem. Tam też staraliśmy znaleźć jakąś tanią restauracje – na próżno.

Gdy spotykaliśmy znajomych kibiców, dochodziły nas słuchy o ganiankach pod Koloseum jakie urządzili sobie kibice z Warszawy z kibicami z Rzymu. Do tego krążący nad naszymi głowami helikopter wskazywał, że do meczu coraz bliżej, dlatego koło godziny 16 ruszyliśmy na miejsce zbiórki. „Na trzeźwo i na biało, znowu się nie udało”, śmieli się z siebie kibice. Puste to hasło, aczkolwiek wiadomo o co chodzi – pijemy w granicach rozsądku. Tym razem nie widziałem nikogo tak zalanego jak w Bukareszcie, ale kto wie czy nie było takich przypadków. Zarówno miejscowi jak i turyści mogli mieć pewne obawy widząc stado kiboli z winami i browarami, ale nic złego nikomu się nie stało, więc nie wierzcie we wszystko co piszą gazety. Zadym na mieście nie było…

Gdy wszyscy już się zebrali pod Stadio Flaminio, Staruch wydał wskazówki co do przemarszu: „Na przedzie idzie flaga i nikt nie ma prawa przed nią wychodzić. Gdyby coś się działo, macie obowiązek jej bronić!”. Nic się nie działo, nie mogło się stać. Przemarsz odbywał się w eskorcie policji, która była zarówno z przed jak i za nami. W oknach kamienic widać było mieszkańców mocno zainteresowanych głośnymi śpiewami Legionistów.

   

Gorąco zrobiło się dopiero przy samym wejściu na sektor, przed bramkami. Bardzo długo czekaliśmy, aż zaczną nas wpuszczać i kilka osób nie wytrzymało napięcia. Odpalona pirotechnika lądowała za bramą, gdzie pełno było policji, która została przez nas sprowokowana. W pewnym momencie brama się otworzyła i spora część kibiców znalazła się po drugiej stronie. Doszło do delikatnych starć z służbami mundurowymi, pirotechnika latała to w jedną to w drugą stronę. Ci co lubią takie sytuacje mieli więc okazję by się trochę z policja posiłować i ciężko by oczekiwać, że takie osoby na wyjeździe się nie znalazły. Nie wiem co jest fajnego w dostaniu policyjną pałą przez łeb, jakoś mnie to nie jara. Tak czy inaczej, wszystko to nie wyglądało poważnie i trwało dosłownie chwilę. Policja zamknęła bramy, wrzuciła do nas kilka granatów gazowych i tak to się skończyło. W porównaniu do gazu z Bukaresztu 2011, ten był strasznie lajtowy. Po tych „zamieszkach”, Staruch przekazał nam info, że nie wpuszczą nas, aż nie oddamy magazynka z broni jednego z policjantów. My za to czekaliśmy na wejście do momentu, aż byliśmy pewni, że osoby które wylądowały za bramą zostaną wpuszczone na stadion. Zdjęć z tej akcji jednak nie zobaczycie poniżej i nie będę tu tłumaczył dlaczego.

Kiedy weszliśmy przez kołowrotki, czekała nas szczegółowa kontrola stewardów i policji. Zakupione wcześniej pamiątki, wylądowały pod siatką, wraz z innymi rzeczami, które kontrolującym się nie spodobały. Szkoda tylko, że część z nich po meczu wyparowała. Czyja to zasługa? Ciężko wydawać wyroki w tej sprawie…

Gdy nasz sektor w końcu się zapełnił, okazało się, że nie jest wcale nas tak mało. Myślałem początkowo, że będzie nas coś ponad tysiąc. Wspierani przez zgody w tym Juve stawiliśmy się w liczbie ponad 2000 osób. Taka liczba umożliwiła wykonanie oprawy przedmeczowej. Uwaga, nikomu nic się nie stało, nikt nie został poparzony (patrz test białego prześcieradła). Doping stał na dobrym poziomie. Najlepiej wychodziło nam głośne „Ceeee”. Lazio natomiast… Nie dość, że mecz cieszył się słabym zainteresowaniem samych kibiców tego zespołu, to ich doping był cichy i sporadyczny. Bieda straszna, nie ma nad czym się rozpisywać. Widoczność na stadionie olimpijskim jest ogólnie kiepska, ale coś za coś. Gdyby na narodowym w Warszawie była bieżnia i był większy o 30 tysięcy kibiców też by było słabo widać.

Po spotkaniu czekaliśmy całkiem długo na możliwość wyjścia. Podstawione zostały autobusy miejskie, które z powrotem odwiozły nas na miejsce zbiórki. Stamtąd kibice rozeszli się w swoje strony. Metro działało wyjątkowo do 1 w nocy (zwykle do 24) ale i tak ze względu na późną porę trzeba było radzić sobie nielicznymi tramwajami lub autobusami nocnymi. Oznakowania na przystankach jednak nie należą do najłatwiejszych do zrozumienia dlatego też udało nam się wsiąść do tramwaju jadącego w przeciwnym kierunku niż mieliśmy w planie. Tak nam minęła ostatnia noc w Rzymie, na rozkminianiu jak się dostać na drugi koniec miasta. Zmęczeni poprzednimi dniami mieliśmy już dość wieczornych zabaw.

Krótki intensywny bardzo urokliwy wyjazd, zakończony porażką ukochanego zespołu dobiegł końca. Rano trzeba było się zawijać, trochę z niedosytem dosłownie i w przenośni. Włoska kuchnia, włoskie dziewczyny, zabytki, spotkani ludzie z innych krajów, wszystko to chciałoby się dłużej niż 3 krótkie dni. Rzym okazał się być bardzo rozległy, miejsc, które robiły na nas wrażenie było naprawdę sporo, a i wydaje nam się, że sporo rzeczy nie dane nam było zobaczyć. Jest więc dobry pretekst, żeby tam jeszcze kiedyś wrócić.

Martwi mnie teraz tylko to, jak zostawiliśmy przedstawieni w mediach, zarówno włoskich jak i polskich. Jakie konsekwencje poniesiemy wobec kłamstw jakie się pojawiają od czwartku w gazetach. Polacy kablują na siebie nawzajem, dodatkowo kłamiąc i tworząc wizerunek kibiców sprzeczny z prawdą. Brylują w tym oczywiście wybiórcza i nasz rząd znajdując temat zastępczy. Dla nich bazą jest kilka przypadków, w których zawinęli bagatela 13 osób. 13 na lekko ponad 2000, które zjawiło się przy tej okazji w Rzymie. Fantazja włoskich gazet jest równie duża, gdyż piszą, ze kibiców z Polski było ponad 8000. UEFA zamyka nasz stadion za recydywę w związku z S na WILD BOYS nota bene takie samo S jak na herbie Apollonu Limassol. Po chwili spokoju nagonka na Legię trwa w najlepsze, za chwilę dostaniemy zakaz wyjazdowy, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych już nad tym pracuje.

Reklamy

Komentarzy 14 to “Wieczne Miasto – relacja z wyjazdu do Rzymu”

  1. […] wyjazdowa –  relację Legi0nisty prosto z Rzymu. Na koniec jeszcze dwie fotki z Rugby. Oczywiście nie miałem lustrzanki, więc średnia jakość […]

  2. Czyżby najlepszy wyjazd ever?

  3. Damon Says:

    dzięki super relacja – jak zwykle, pozdrawiam

  4. czcibor Says:

    Relacja z wyjazdu bardzo ciekawa, ekstra zdjęcia. Jako kibic Legii tylko żałuję że, przez jakichś idiotów nie zobaczę meczu w Warszawie tego i pewnie następnego. Nie ma znaczenia że nikt nie zginął. Czy to tak ciężko zrozumieć że, race są zabronione i w ważnym meczu piłkarze będą grali przy pustych trybunach?
    Kto na tym straci UEFA czy Legia?
    pozdrawiam.

    • to nie o race chodzi. za race jest kara finansowa, stadion zamykany jest za symbole m.in. rasistowskie prezentowane przez kibiców.

    • Kibol Says:

      kolego Czcibor, czy tak ciężko zrozumieć że race nie mają nic wspólnego z zamknietym stadionem? Niby kibic Legii a pojęcie ma jak czytelnik GW….

  5. arek Says:

    nie ze sie czepiam, ale S przy Wild Boys jest oczywistego pochodzenia. i wie to tez autor flagi. jak masz mozliwosc to sie zapytaj hehe SS przy Limassol jest troche inne, ale to troche wystarczy.

  6. arek Says:

    I jeszcze jedno. UEFA organizuje te rozgrywki i ma w zwiazku z tym prawo do ustalania zasad. bez znaczenia czy na stadionie pozwola wywiesic guevarre czy innego lewego, a glupiego S sie czepiaja. oni decyduja i tyle. a nam jak sie nie podoba to mozemy sobie stworzyc wlasne rozgrywki, na wlasnych zasadach. idac jednak swoja sciezka typu, jeb*c UEFA, my swoje, szkodzimy tylko Legii. bo te kary to niedlugo pokryja roczna pensje na swietnego zawodnika hehe

  7. domel Says:

    roczną pensję świetnego piłkarza , którego i tak nie kupią, bo zostali srogo ukarani. . .
    równie dobrze kibice którzy nie pójdą w czwartek na mecz będą mieli wolną stówę na browary i mogą iść do knajpy, a jednak zostaną w domach i wypiją co trzeba za 30 przed tv . . .
    te kary to wirtualne pieniądze. jak nie było kar to tylko Lubo z kupionych się sprawdził.
    szkoda gadać taka polityka klubu

  8. genialna fotorelacja, Rzym jest pięknym miastem :)

  9. do ALIRASTAFA Says:

    Chyba przyjacielu nie byles na wyjezdzie w Wiedniu (2004) rok z grupa A.M.T w skrocie polecam piosenke kubsona – wyjazdy ;)

  10. […] Włochami po wrześniowym wypadzie do Rzymu, a zwłaszcza ichniejszym jedzeniem, kulturą i… urodą włoszek, postanowiłem połączyć […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: